Jesteśmy z innych światów. Nasze dzieciństwo i młodość to dwie skrajnie różne bajki. Wszystko przez model wychowania, który obrały nasze rodziny. Pochodzę z ciepłego, rodzinnego i miłego domu. U nas miłość, ale i jej okazywanie było i jest nadal chlebem powszechnym. Zawsze mogłam liczyć na wsparcie bliskich, ich wyrozumiałość, choć zdarzało się, że nie pochwalali lub nie rozumieli moich decyzji. Kary, nawet jeśli się trafiały były raczej epizodami, a okoliczności ich przydzielenia stały się rodzinnymi anegdotami na długie lata. Czy się buntowałam? Pewnie, że tak. Ale był to taki niegroźny bunt. Słuchałam głośnej muzyki, jeździłam na koncerty, piłam tanie wino, zmieniałam kolor włosów. Sama zdecydowałam o wyborze liceum, a później o kierunku studiów.

W zupełnie innym domu wychował się mój Mąż. U Niego panowała żelazna dyscyplina jak w carskiej armii. Jemu nie wolno było niczego. Nie mógł chodzić nad rzekę, bo mógłby do niej wpaść. Nie mógł wychodzić z kolegami, bo mógłby wpaść pod auto. Zresztą rodzice lubili mieć wpływ na wybór kolegów, żeby nie wpadł w złe towarzystwo. Jego rodzinny dom naszpikowany był zakazami, nakazami i karami. Pas szedł w ruch niemal przy każdej okazji. Efekt. W pewnym momencie Mąż przestał się uczyć, bo za to, że spóźnił się ze wspólnego odrabiania lekcji dostał lanie. Zakończył edukacje na szkole średniej mimo iż ma duży talent techniczny. Nota bene o wyborze ogólniaka też zdecydowali Jego rodzice. Jego pierwsza żona była krawcową, bo wiedział, że rodzice woleliby pannę z wyższym wykształceniem (nawet zdobytym tylko dla tytułu magistra). Założył zespół, bo granie do kotleta dawało Mu trochę swobody i oddechu. Gdy wspomina minione lata na palcach jednej ręki można policzyć miłe chwile.

Teraz nam przyszło się zmierzyć z rodzicielstwem. Mąż choć ma żal do rodziców czasem podświadomie powiela ich błędy. Natomiast ja czuję, że dzięki modelowi rodziny w którym wyrosłam jestem zdecydowanie bardziej otwarta i pewna siebie. Łatwiej stawiam czoła przeciwnością losu, lepiej znoszę porażki i pełniej cieszę się nawet drobnymi sukcesami.

Uważam, że nieważne jakie uczelnie skończymy i jak odpowiedzialne stanowiska piastujemy wychowanie dziecka to olbrzymie wyzwanie, ciężka aczkolwiek przyjemna praca. Staram się wiec by moje Chłopaki miały dużo swobody (stosownie do Ich wieku), uczyli się odpowiedzialności, śmiało podejmowali decyzje. Mieli świadomość, że zawsze mogą liczyć na nasze wsparcie. Chcę żeby umieli się przytulać, głośno śmiać, ale też bronić własnego zdania. Pragnę by szli przez życie z podniesioną głową. Wiem, że mąż też chce by Jego Dzieci cieszyły się każdą chwilą i doceniały drobiazgi, bo z nich składa się życie. Jednak nie zawsze potrafi to okazać, bo nie jest człowiekiem wylewnym. Czasem też muszę hamować Jego nakazowo-zakazowe zapędy. Na szczęście nie pociąga Go wychowanie przez kary cielesne. Mam nadzieję, że wypracujemy kompromis, bo chcemy by nasze Dzieci miały dobre wspomnienia. Jak mawia mój niegdysiejszy idol:” Tylko ze szczęśliwych dzieci wyrastają fajni dorośli”, a nam zależy by nasi Synowie właśnie tacy byli.