Kilka dni temu odebrałam telefon od mojej kuzynki. W słuchawce usłyszałam: “Wiesz nie dostałam tej pracy”. Zrobiło mi się jej żal. Tak zwyczajnie – po ludzku. Jednak już po chwili doszłam do wniosku, że może dobrze się stało. Aplikując na wybrane stanowisko pominęła fakt, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Ciąża, wiadomo, nie choroba, a żyć z czegoś trzeba. Na dodatek choć chciana, to bardzo niespodziewana. Jej sytuacja jest nieustabilizowana, a finanse marne. W tym przypadku nie chodziło jednak o uzyskanie prawa do zasiłku macierzyńskiego. Mieszka poza Polską i tak czy siak miałaby za krótki staż żeby go uzyskać (zgodnie z miejscowymi przepisami prawa pracy). Chodziło raczej o zarobienie kilku groszy aby je odłożyć i nabycie choćby minimalnego doświadczenia w zawodzie. Czasami znajduje się przecież jakieś rozwiązanie: umowa zastępstwa lub na czas określony. W tej historii chodzi jednak o coś innego. Nie mam tu na myśli uczciwości, choć ta też nagięta została. Chodzi raczej o punkt widzenia przyszłego pracodawcy. Często mówi się, że kobiety są dyskryminowane, zarabiają mniej, zajmują gorsze stanowiska, choć nierzadko bywają lepiej wykształcone. Jednak biorąc pod uwagę, że właściciel firmy, dyrektor placówki czy jakikolwiek inny szef szuka pracownika, to nie można mieć mu za złe, że zainwestuje w kogoś dyspozycyjnego, oddanego pracy. Zatrudniając kobietę należy się liczyć z tym, że jest ona już matką lub ma szanse nią zostać. Nie można winić jej za to, że dba o swoje lub potomstwa zdrowie, że jakiś czas będzie chciała poświęcić tylko rodzinie. Ma do tego prawo, a raczej prawo stoi po jej stronie. Gdy już pracuje od drugiego trymestru pracodawca nie może jej zwolnić. Gdy się zatrudni będąc w trzynastym tygodniu ciąży pracodawca również ma związane ręce. Mniejszy problem jak pracownik jest ceniony, ciąża przebiega prawidłowo, praca nie wymaga zmiany stanowiska czy zmniejszenia liczby godzin. Takiemu pracownikowi pracodawca chętnie idzie na ustępstwa. Czasem nawet konieczność wzięcia L4 mu nie zagraża. Gorzej jest gdy zajmowane stanowisko wymaga dużego zaangażowania, a zdrowie przyszłej matki zwolnienia tempa albo odpuszczenia sobie pracy zawodowej. Jest to problem dla obu stron. Mojego szefa bardzo ucieszyła wiadomość, że zostanę mamą. Nie sprzeciwiał się gdy pod koniec 7 miesiąca poszłam na zwolnienie. Bez problemu podpisał zgodę na urlop wychowawcy. Gdy dowiedział się, że spodziewam się drugiego dziecka i wracam na urlop macierzyński trzymał za mnie kciuki. Gdy mój młodszy Synek skończył rok, a starszy został przedszkolakiem, wróciłam do pracy na kilka godzin. Ucieszył się. Cały czas bowiem blokowałam Mu etat. Nawet teraz moja dyspozycyjność jest ograniczona, a ja nie ukrywam, że choć lubię swoją pracę nie zawsze mogę ją wykonywać. Co jednak w sytuacji gdy pracownikowi kończy się umowa lub czuje, że jest na wylocie, a ciąża to sposób na zachowanie pracy/przedłużenie umowy? Albo gdy urlop wychowawczy przeznaczony jest na szukanie nowego miejsca pracy z pozytywnym skutkiem? Lub gdy mama przedszkolaka po powrocie do pracy co chwila idzie na opiekę? Wszystko da się pogodzić, ustalić, ale trudno się w sumie dziwić, że kobieta to pracownik mało pożądany.